Nowy zawodnik Jagiellonii to postać z niezwykle ciekawą przeszłością piłkarską. Swego czasu był antybohaterem słoweńskiej kadry młodzieżowej, ale też herosem żółto-niebieskiej części Werony. Ogółem spędził niemal dziesięć lat we Włoszech, ale nigdzie w pierwszej drużynie nie zagrzał miejsca dłużej niż rok. Oto futbolowa historia skrzydłowego, który na Podlasiu ma zastąpić Fedora Cernycha...

Bohater Gialloblu

Każdy zawodnik marzy o takim dniu jaki dla Lazarevicia trafił się 23.11.2013 roku. Derby Werony, druga minuta doliczonego czasu, a na tablicy wynik bezbramkowy. Fani obu zespołów powoli szykowali się do opuszczenia stadionu, kiedy Słoweniec postanowił na trwałe zapisać się w ich pamięci. Dejan podał piłkę na skrzydło i ruszył do środka pola karnego. Po chwili skrzydłowy z Bałkanów otrzymał podanie zwrotne - przyjął, uderzył, a futbolówka wpadła do siatki tuż przy słupku bramki goalkeapera Hellas. Lazarevic zniknął pod kolegami i osobami ze sztabu swojej drużyny, której tego dnia był bohaterem. I chociaż Słoweniec w zespole Serie A grał w kratkę, a nawet kiedy pojawiał się na boisku to najczęściej były to "ogony", dzięki tej chwili Dejan na pewno nie żałuje dzisiaj przejścia do Gialloblu.

Początki 

To był jeden z nielicznych wielkich momentów w karierze Lazarevicia - Słoweńca wychowanego przez włoski futbol. Chociaż faktycznie Dejan dorastał i rozpoczynał przygodę z piłką oczywiście w Słowenii, to w tamtejszej ekstraklasie nawet nie zadebiutował. Kiedy nowy zawodnik Jagiellonii miał szesnaście lat wypatrzyli go bowiem skauci z Włoch. Oferta z Genui była zarówno dla jego NK Domżale, jak i samego zawodnika z gatunku tych nie do odrzucenia. Dzięki temu nastolatek mógł wykuwać swój talent w młodzieżowych drużynach zespołu Serie A. Dzięki szybkim postępom w 2008 roku został dołączony nawet do pierwszego zespołu, gdzie otrzymał możliwość szlifować swoje umiejętności podczas treningów obok Diego Milito czy Thiago Motty, którzy kilkanaście miesięcy później wygrali Champions League z Interem Mediolan.

Czerwony antybohater

Pierwszym poważniejszym sprawdzianem dla Lazarevicia były Mistrzostwa Europy U-19, na które ówczesny zawodnik Genoi pojechał wraz z młodzieżową reprezentacją Słowenii. Dejan miał być kluczowym graczem kadry prowadzonej przez Milosa Kosticia podczas turnieju na Ukrainie. Niestety, młody talent kompletnie zawiódł oczekiwania. Szkoleniowiec ustawił Lazarevicia na pozycji numer dziewięć, gdzie zawodnikowi ewidentnie brakowało miejsca by wykorzystać swój największy atut - szybkość. Po pierwszym, zremisowanym bezbramkowo spotkaniu z gospodarzami, Słoweńcy w kolejnym nieoczekiwanie prowadzili na kwadrans przed końcem ze Szwajcarią 1:0 (bramkę zdobył obecny piłkarz Cracovii, Matic Fink - przyp.). To dawało im ogromną szansę na awans do półfinału. Wtedy jednak Lazarević obejrzał drugą żółtą kartkę w spotkaniu, a grający w dziesiątkę piłkarze z Bałkanów stracili dwie bramki. W ostatnim pojedynku grupowym podłamani Słoweńcy zostali rozjechani 1:7 przez Anglików, a za głównego winowajcę turniejowego niepowodzenia uznano dzisiejszego gracza Jagi...

W seniorskiej piłce

3.04.2010 roku - to kolejna ważna data w karierze Lazarevicia. Wtedy to dwudziestolatek ze Słowenii otrzymał szansę debiutu w barwach zespołu z Genui. Niby tylko siedem minut w mało ważnym starciu przeciwko Livorno, ale od tego momentu Dejan mógł z czystym sumieniem mówić, że jest graczem Serie A. Aby jednak móc stawiać kolejne kroki niezbędne wydawało się wypożyczenie poziom niżej. Wybór Lazarevicia padł na Torino, które dziś śmiało można uznać za jeden z ważniejszych epizodów jego kariery. Młody skrzydłowy z Bałkanów w końcu otrzymał bowiem szansę by zagrać prawdziwy sezon w seniorskiej piłce. Na zapleczu Serie A zawodnik uczył się prawdziwego futbolu. I choć na pierwszy rzut oka zderzenie z nim nie było imponujące (zaledwie dwie asysty przez cały rok), to wystarczyło by przekonać działaczy innego zespołu tej ligi - Padovy, do wyłożenia aż 1,5 mln euro za połowę karty zawodniczej Słoweńca. W drużynie, która wychowała m.in. Alexa del Piero na pewno nie żałowali tego kroku. Lazarević robił bardzo dobre wrażenie na zapleczu włoskiej ekstraklasy. Przez cały sezon był podstawowym zawodnikiem, a dwa gole i pięć asyst w Serie B przekonały Genoę, że warto jeszcze raz zainwestować w Dejana. Po sezonie odkupili więc spowrotem połowę praw do gracza za tą samą kwotę, którą zapłaciła rok wcześniej Padova...

Nadal w wypożyczalni 

Problem w tym, że mimo pieniędzy wyłożonych na transfer, w Genui nadal nie mieli zamiaru postawić na Lazarevicia. Przez to Słoweniec po raz kolejny zmuszony był udać się... na wypożyczenie. Z kilku ofert klubów z Serie B najlepiej wyglądała propozycja Modeny. Z perspektywy czasu widać, że decyzja o dołączeniu do tego zespołu była strzałem w dziesiątkę. Szkoleniowiec Dario Marcolin uważał szybkiego Lazarevicia za kluczowego gracza swojej taktyki, a ten odpłacał mu swoją postawą na boisku. Pięć goli i osiem asyst sprawiły, że zawodnik znalazł się w kręgu zainteresowań dużo mocniejszych zespołów. Co prawda, kiedy zwolnionego Marcolina zastąpił Walter Novellino, utalentowany skrzydłowy przestał zachwycać, jednak świetna postawa z pierwszej części sezonu sprawiła, że Lazarević mógł w końcu spełnić swój sen o Serie A. Półtora miliona euro zdecydowało się bowiem wyłożyć za niego Chievo Verona...

Serie A nie takim rajem 

Niestety, przez półtora roku w mieście nad Adygą Lazarević nie dostał zbyt wielu szans by zaprezentować swoje walory piłkarskie. Momenty takie jak ten wspomniany we wstępie były raczej wyjątkiem od reguły, czyli miejsca na ławce rezerwowych. Zawodnik przeżył więc niejako "deja vu" - musiał się rozglądać za kolejnym wypożyczeniem. Regularna gra była mu szczególnie potrzebna, ponieważ podczas pobytu w Gialloblu, Dejan znalazł się w pierwszej reprezentacji. Rozwiązaniem miało być więc czasowe przejście do Sassuolo. Dla odmiany był to klub grający w Serie A. Tam w końcu Słoweniec mógł liczyć na częstsze występy, ale problemem było to, że Lazarević krótko mówiąc nie zachwycał. Zaledwie jedna asysta nie była tym na co liczono we włoskim miasteczku i po pół roku agent zawodnika musiał szukać na nowo...

Nad Bosforem

Turcja - to tam Lazarević w końcu miał pokazać światu swoje najlepsze umiejętności piłkarskie. I rzeczywiście, początek w Antalyaspor wróżył nieźle - asysta w debiucie, gol w kolejnym spotkaniu zdawały się przekonywać, że zawodnik podjął świetną decyzję o odcięciu włoskiej pępowiny. Słoweniec był jednym z kluczowych zawodników drużyny. Sielanka skończyła się jednak po kilku miesiącach. Dejana męczyły kolejne kontuzje, a zespół radził sobie nieźle bez niego. W końcu klub postanowił nie przedłużać wypożyczenia piłkarza, który więcej czasu spędzał w gabinetach lekarskich aniżeli na boisku. Lazarević dobrze czuł się jednak nad Bosforem i postanowił tam pozostać, przyjmując ofertę, którą złożył mu Kardemir Karabukspor. Tam 27-latek zawiódł już zupełnie. Tylko jedna asysta w dwudziestu spotkaniach i zbyt szybkie powroty kończone kolejnymi urazami spowodowały, że zawodnik wypadł z kręgu zainteresowań selekcjonera Srecko Katanaca. Powrót Dejana do Włoch stał się nieunikniony...

Niechciany w Chievo Lazarević w lipcu zgodził się rozwiązać kontrakt z klubem z Werony. Od tamtego momentu Słoweniec nie mógł znaleźć nowego pracodawcy. Krajowa prasa spekulowała o jego powrocie do Turcji, chciał go Real Valladolid, ale Dejan postawił na grę w Jagiellonii:
- Czekałem na odpowiednią ofertę i chciałem przede wszystkim podjąć dobrą decyzję. Nie chciałem niczego robić na siłę, bo każda decyzja jest już bardzo istotna w kontekście całej mojej kariery. Nic nie dzieje się bez powodu. (...) Chcę grać dobrze i czerpać radość z futbolu, czując przy tym wsparcie kibiców, a sam postaram się zrewanżować tym, żeby oni byli z mojej gry zadowoleni. Będę grał całym swoim sercem, aby tak się stało - zapowiedział nowy zawodnik Jagiellonii na starcie. Jak będzie? Czas pokaże, choć jeśli tylko zdrowie mu pozwoli, to można być dobrej myśli...